Plener nad Wartą

Kilka lat temu zostałem poproszony, przez moich znajomych z dawnych lat, o uwiecznienie na zdjęciach ich ślubu. Gdy zapytałem ich czy zastanawiali się nad miejscem sesji plenerowej, bez wahania odpowiedzieli – „Wielkopolski Park Narodowy”. Pomysł bardzo mi się spodobał, a miłym bonusem była możliwość odwiedzenia rodzinnych stron. Wyciągnąłem z szafy lekko już zakurzoną mapę parku i zaznaczyłem na niej kilka miejsc, które pamiętałem z dzieciństwa.

Sesje rozpoczęliśmy nad brzegiem Warty około godziny 10 rano. Wiedziałem, że nie mamy zbyt wiele czasu. Wrześniowe słońce z każdą minutą świeciło coraz śmielej, a światło przez nie rzucane było coraz ostrzejsze. Szybko zacząłem od szerszych kadrów by złapać jeszcze resztki mgieł unoszących się nad łąkami. „Kątem ucha” usłyszałem delikatny warkot, który nasilał się z każdą chwilą. Zacząłem się rozglądać. W oddali na rzece zauważyłem łódkę z dwoma wędkarzami, którzy płynęli w górę Warty. Kolejna tak okazja nie zdarzy się zbyt prędko – pomyślałem.

Podbiegłem do Marleny i Adama, szybko dałem im wskazówki w jak mają stanąć, jak ułożyć ręce, w którą stronę spojrzeć oraz pokrótce nakreśliłem koncepcję zdjęcia:) Gdy w potoku moich słów widziałem ich niepewne miny, lekko zwątpiłem czy dobrze mnie zrozumieli. Niestety nie było czasu na dalsze tłumaczenie, musiałem zaufać ich intuicji. Obróciłem się na pięcie i biegiem ruszyłem na wał przeciwpowodziowy okalający w tym miejscu rzekę. Z dwoma aparatami na szyi i plecakiem przedarłem się przez chaszcze, radośnie chwaląc pod nosem lecznicze działanie pokrzyw smagających moje nogi. Ustawiłem aparat, rzuciłem ostatnie wskazówki. Zostało mi tylko czekać, gdy łódka znajdzie się pomiędzy dwiema kępami krzaków. Trzask migawki. Zdjęcie gotowe. Można odetchnąć z ulgą.

Właśnie takie momenty uwielbiam w mojej pracy. Mimo pozytywnego, mobilizującego stresu, towarzyszącego mi podczas zdjęć staram się zachować czujność, by wykorzystać nadarzające się okazje. Fotografia cyfrowa daje niesamowitą swobodę. Prawie nieograniczoną liczbę klatek, szybkość pracy migawki, cyfrowe negatywy z ogromną ilością danych i wreszcie wyświetlacz pozwalający podejrzeć wykonane zdjęcie zaraz po jego zrobieniu. Właśnie ta ostatnia możliwość, podgląd zdjęć, jest moim zdaniem błogosławieństwem jak i przekleństwem. Zbyt łatwo wpaść w pułapkę nieustannego zerkania na wyświetlacz po każdym zdjęciu. Na szczęście z biegiem czasu, rosnącymi umiejętnościami i doświadczeniem coraz rzadziej sprawdzam zdjęcia na podglądzie. Obecnie ufam swoim umiejętnościom ustawienia odpowiednich parametrów, intuicji oraz zwracam większą uwagę na to co widzę w wizjerze przed naciśnięciem spustu migawki. Pozwala mi to zaoszczędzić mnóstwo czasu, który wykorzystuję obserwując to co się dzieje dookoła. Zauważyć błahostki, detale, sytuacje które mogą jeszcze lepiej oddać klimat uchwyconych chwil.

Sprawdź inne moje realizacje sesji ślubnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*